wtorek, 20 listopada 2007

Idzie sobie człowiek ulicą a tam white box.

a w nim praca Johna Cage'a 33 1/3 z '69.
Oczywiście okazuje się, że aparat został na biurku.
Jedyne zdjęcie jakie znalazłam jest chyba z '69...Robi wrażenie ta przestrzeń wypełniona gramofonami, starymi okładkami płyt, Abbą z reggae.

Sprawa fryzury nadal w toku.

Wczoraj poszłam na imprezę urodzinową jednego z chłopaków z zaprzyjaźnionego butiku na Greenpoincie (tej trendy części Greenpointu ;;;;)))). Dress code: dark and fancy ( podejrzewam, że dlatego mnie zaprosili...). Impreza odbywała się w zamknietej restauracji Paloma, która wygląda jak podrasowny berliński szyk - to znaczy chyba jest to bar z lat '70 (drewniany bar i bułazeria) ale jest przerobiony na wysoki , wallpaperowy połysk. W Palomie (brzmi jak z piosenki "Tercetu Egzotycznego") zgromadziła się śmietanka grinpojntowych trendsetterów - koszmar. Przez 3 h sie rozkręcali i jak wychodziłyśmy - nadal sie rozkręcali. Za to robili sobie zdjęcia "na dobrą zabawę"...

Anyway, były tam również stylists, czyli fryzjerki. Wszystkie w mojej fryzurze, tylko jakoś tak popacianej farbkami na kawowo-rzygowo i z mocnym makijażem, na obcasie. No tak - sekret tych pań wygląda tak, że wyglądają jak żywe lata '80 i Texas w jednym. A ja? Czarne na czarnym i czarnym popycha.
Lekcja stylu odebrana. No, thank you!

że niby czemu lepszy

Szłam ulicą i myślałam: czemu niby ten Nowy Jork - zwany tu tez Jew Yorkiem lubi i jeszcze inaczej- taki fajny jest.
  • Pierwsza rzecz , która wpadła mi do głowy to to, że można pójść sobie na wystawę Tillmansa i to, że prawie nikt nie umie wymówić dobrze jego nazwiska.
  • Druga rzecz: jak idziesz na konferencje o małżeństwie - nikt nie mówi o tym, że małżeństwo jest fajne. Wszyscy mówią, że tylko 25% społeczeństwa zyje w tradycyjnym, heteronormatywnym związku-modelu i że należy dowartościowac pozostałe rodzaje związków popierając to odpowiednim ustawodawstwem, prawem spadkowym i systemem ubezpieczeń. Inne formy, które powinny być traktowane na równi z małżeństwem? Samotni rodzice, samotni starsi ludzie zakładający wspólnoty opierające sie na wzajemnym świadczeniu usług, "blended and extended families" (- ja nawet nie wiem jak to przetłumaczyć, z Polski jestem, dobra?), dzieci wychowywane w wielu ogniskach domowych lub przez niezamężnych rodziców, dzieci drosłe żyjące z rodzicami, seniorzy zajmujący się wnukami, rodzeństtwa lub przyjaciele, którzy tworzą "stadło rodzinne" i dbają o siebie etc. etc.
  • Trzecia rzecz: jak tak szłam, z biblioteki Boobsta wyszło dwóch chłopców i zaczęli sie całować.
I tyle.

poniedziałek, 19 listopada 2007

Kraj Lincolna, Waszyngtona i smochodów Ford sie cieszy.

Po raz pierwszy w tv, w jednym show występują Tom Hanks i Julia Roberts. Oczywiście u Oprah.
"Dwie największe postacie współczesnego kina, najbardziej kochani ludzie na ziemi!!!!"
Hanks przynajmniej ma jeszcze troche autoironii...

Jeśli NY to tylko symulakry


to najbardziej mi sie podoba symulacja paryskiego bistro w NYC.
Na SoHo jest sobie restauracja o rozbuchanej nazwie Balthasar.
Trafiłam tam przypadkiem - na śniadanie ze znajomymi.
Takiego rytuału śniadaniowego, dbałości o szczegół i "udawania Francuza" jeszcze nie widziałam, ale - powtarzam - jestem jego wielką zwolenniczką.
Sniadania je się tam na "gołym stole", na czas lunchu kładzie sie - jak to w bistro - papierowy obrus (na którym przy mnie kelnerka w czarnej sukience i białym fartuszku -prosto z ostrego erotycznego snu o pokojówce - przybiła z hukiem wielka pieczęć, bo Bożole przyjechało), wieczorem pewnie już na materiale...

Miałam trochę czasu, żeby sie przypatrzeć temu Touluse- Lautrecowi w wersji de luxe, bo oczywiście w NY wszyscy sie spóźniają, aja ja mam nadal syndrom "na stacji na godzinę przed odjazdem pociągu". Zakochałam sie w górze lodu z poupychanymi owocami morza. I liście z tymi skorupiakami wypisanej na lustrze - każdy miał inne miejsce pochodzenia i inną nazwę.


Jedno muszę napisać: owsianka życia. Wcale nie symulacja owsianki!

zapomniałam o najważniejszym:

wpadłam już tu po raz pierwszy przypadkiem na znajoma osobę. Weszłąm po kawę na Chelsea, a tam Ania Morgowicz zamawia lasagne. To sie nazywa PRZEJśCIE he he.

co ja robie, po co to robie i czy nie warto by robic czegos innego

- podobno to zawsze przychodzi.
Cytat z Matyldy S.
Dzięki!